Serdecznie witam Cię na moim blogu!
Nazywam się Patryk. Na co dzień fascynuję się technologią, algorytmami i muzyką, ale od ponad 17 lat moją najwierniejszą życiową pasją jest uprawa roślin doniczkowych. Trochę nietypowo jak na faceta? Być może. Ale to właśnie natura pozwala mi zachować równowagę w tym scyfryzowanym świecie. Pozwól, że opowiem Ci, jak to wszystko się zaczęło – od dziecięcych psot, przez wielkie katastrofy, aż po odnalezienie swojej ukochanej niszy, jaką są marantowate.
Zielone DNA i tajemnica dziadka
Moja historia zaczyna się w latach 90. na Podlasiu, w domu, gdzie rośliny były po prostu wszędzie. Jednak to dziadek był prawdziwym mistrzem ceremonii. Stworzył w swoim pokoju tropikalny kącik, który przypominał mały busz. Z mglistych wspomnień pamiętam jego pnącza – długie Epipremnum i Filodendrony pnące, które wiły się po specjalnych podpórkach, tworząc gęstą, zieloną ścianę.
Dziadek odszedł, gdy byłem jeszcze dzieckiem więc niewiele go znałem. Ale ta zielona ściana, pozbawiona jego opieki, zaczęła marnieć, aż w końcu odeszła razem z nim. Babcia, choć miała rękę do roślin i sama je kochała, przyznała wprost że: ’Dziadek zabrał tajemnicę tych pnączy do wiecznych ogrodów’. Jako że wzrastałem w zielonym domu, naturalnie z czasem zainteresowałem się domową zielenią, choć droga do tego wiodła przez pewne zdarzenie.
Operacja 'Kalanchoe’, czyli początki przez katastrofę…
Jako dziecko byłem niezłym urwisem. Eksperymentowałem z wkrętakiem, miksturami, koncertami lub… akrobacjami w salonie. 🙂 Podczas jednej z takich eskapad, ofiarą padło ukochane Kalanchoe mojej mamy. Przypadkowo złamałem jego wierzchołek. Przerażony wizją ‘szlabanu na podwórko’ (i smutku mamy), postanowiłem działać.
Najpierw próbowałem przykleić pęd taśmą (nie polecam, wyglądało tragicznie). W końcu, korzystając z nieobecności domowników, znalazłem starą doniczkę, ziemię i po cichu zasadziłem ułamany fragment, wciskając go między inne rośliny na parapecie. Podlewałem ją od czasu do czasu. Ku mojemu zdumieniu – roślina nie tylko przeżyła, ale zaczęła się rozwijać!
To był mój pierwszy sukces. Byłem z niego tak dumny, tym bardziej gdy Kalanchoe mi zakwitło. Co ciekawe wówczas uciąłem jeden kwiatostan i wręczyłem go mojej pierwszej miłości w szkole podstawowej. Mina dziewczyny, gdy powiedziałem: 'Sam to wyhodowałem’ – bezcenna. Heh! …Tak właśnie ogrodnicy podbijają serca wybranek! 🙂
…Biblioteka, marzenia i brak Internetu
Zanim nastała era wszechobecnego Wi-Fi, moją 'wyszukiwarką’ była lokalna biblioteka (pełna nie tylko książek, ale i pięknych roślin). To tam, w jednej z książek, zobaczyłem zdjęcie, które zmieniło wszystko. Przedstawiało roślinę o liściach wyglądających jak malowane pędzlem artysty – Maranta leuconeura ‘Fascinator Tricolor’.
Zakochałem się w tym tajemniczym wzorze. Szukałem jej w kwiaciarniach i sklepach ogrodniczych, babcia czy rodzice również szukali jej w moim imieniu – bez skutku. Przez lata pozostawała moim nieosiągalnym marzeniem, 'świętym Graalem’, podczas gdy ja zdobywałem szlify na wszystkim innym: od popularnych roślin obecnych już w domu, albo kupowanych raz po raz w kwiaciarniach, aż po kolekcjonowanie rzadkich okazów, które dostawałem od dobrych ludzi z forów internetowych. Maranty jednak nie dostałem lub jej nie szukałem – sam nie wiem… ale było tego sporo.
Zwrot akcji: Kiedy organizm wybiera za Ciebie…
Przez pierwsze 15 lat mojej przygody z roślinami, dom przypominał dżunglę pełną różnych roślin. Od Begonii i kilku unikalnych Hoi, po Epipremnum, różne – zwłaszcza velvetowe Filodendrony, Syngonia, Anturium czy Skrzydłokwiaty. Znałem te rośliny na wylot – rozmnażałem je, czasem napotykając problemy leczyłem, ale ciesząc się każdym nowym liściem uzyskiwałem w ich uprawie liczne sukcesy, uwieńczone odkrywczymi obserwacjami.
Choć życie pasjonata to nie tylko sukcesy, bowiem w 2016 roku spotkał mnie cios… Po dwumiesięcznym wyjeździe wróciłem do domu i zastałem pobojowisko. Opieka sąsiadki (mimo dobrych chęci i pozostawionych instrukcji) okazała się zabójcza dla mojej kolekcji. Większość roślin na których najbardziej mi zależało była nie do odratowania. To był moment, w którym mój zapał ostygł – ale tylko na chwilę.
Ponad rok później los postanowił nauczyć mnie jeszcze jednej lekcji – czujności wobec własnego ciała. Przez ten czas po roślinnym armagedonie, nie posiadałem w domu roślin z rodziny Araceae i begonii liściowych…
Podczas reaktywacji kolekcji i kolejnych eksperymentów z tropikami zacząłem mieć dziwne objawy – pieczenie oczu, gardła i skóry. Początkowo to ignorowałem, ale gdy w salonie pojawiło się więcej Filodendronów i duża Monstera z pięknymi fenestracjami, objawy nagle uderzyły ze zdwojoną siłą – pojawiły się zaczerwienienia i świąd na twarzy. Jako analityk z natury, szybko połączyłem fakty i puzzle wskoczyły na swoje miejsce. Potwierdzając moją hipotezę u lekarza.
Okazało się, że po latach intensywnej ekspozycji nabyłem rzadką, specyficzną nadwrażliwość chemiczną na soki roślin z rodzaju Araceae i pochodnych. Mój organizm reaguje na ich lotne substancje jak na toksynę, nawet bez dotykania. Nadwrażliwość jest powiązana z nadreaktywnym układem nerwowym, który wpływa na układ odpornościowy uwrażliwiając go na dotąd nieszkodliwe dla mnie substancje. Całość wytłumaczalna jest przez naukę zwaną psychoneuroimmunologią. Ale to temat na długą historię.
Diagnoza była bezlitosna i dla własnego zdrowia musiałem pożegnać się z rodziną obrazkowatych, także z innymi które kochałem, a również zawierają substancje jakie mi szkodzą np. Hoje zawierające sok lateksowy i Begonie bogate w pochodne rafidów.

…Triumfalny powrót Królowej
Wtedy przypomniałem sobie o niej. O mojej starej miłości z bibliotecznej książki – Marancie. TAK! Marantowate! Rodzina roślin całkowicie bezpieczna, nietoksyczna i równie piękna, ale… owiana sławą trudnych i kapryśnych. Czy słusznie?
Postanowiłem podjąć wyzwanie. Skoro mój organizm odrzucił pancerne Monstery, postanowiłem zostać mistrzem w uprawie 'roślinnej arystokracji’. Około 2018 roku w końcu zdobyłem swoją pierwszą… mityczną, wymarzoną ‘Fascinator Tricolor’!
W późniejszym czasie dokupiłem jej koleżanki, niestety niedostępne jeszcze wówczas w sklepach. Kupiłem od kolekcjonerów za niemałe pieniądze odmianę ‘Lemon Lime’ oraz będącą chyba do dziś unikatem ‘No-ID’ – po czym, zacząłem z nimi eksperymentować.
Wykorzystałem całe moje wieloletnie doświadczenie w uprawie ‘doniczkowej zieleni’, by dogłębnie zrozumieć potrzeby marant. Testowałem różne warunki, światło, wodę, podłoża i nawożenie. Wyciągałem empiryczne wnioski oraz konfrontowałem je z dostępną wiedzą na temat tych roślin. Wiedzą oficjalną i wnioskach wysnuwanych przez osoby, które miewały z nimi problemy.
Dziś, bogatszy o lata praktyki – zarówno z roślinami, które musiałem pożegnać, jak i z tymi, które zostały ze mną – wiem jedno – Maranty to nie kapryśne księżniczki. To rośliny, które po prostu wymagają zrozumienia ich potrzeb i odrobiny wyczucia.

…Dlaczego ten blog?
Wiele osób boi się uprawy roślin marantowatych krążą o nich opinie że są trudne i kapryśne… Chciałbym skutecznie zdementować mit o ich trudnej uprawie. Pokażę Ci, że cała tajemnica tkwi w odpowiednim podejściu i zapewnieniu sprzyjających im warunków. Zdradzę Ci swoje know how i nie musisz mieć 17 lat doświadczenia ani dyplomu z botaniki – wystarczy, że skorzystasz ze sprawdzonych metod jakimi dzielę się na niniejszym blogu. Skoro tu jesteś, mam nadzieję graniczącą z pewnością, że Twoje rośliny wkrótce Cię zachwycą!
Miłej lektury!




